Ze względu na różnicę w priorytetach wyjazdowych, na ten dzień zaplanowałem wycieczkę samemu. Niestety nasz kalendarz tak się złożył, że na najbardziej popularną przełęcz miałem jechać akurat w sobotę. Nauczony doświadczeniem z przejazdu tą trasą z zeszłego roku – pomimo, że byliśmy już po sezonie i nie było tragicznie dużo aut – postanowiłem nie kusić losu i wyruszyć spod hotelu wraz ze wschodem słońca. Obudziłem się w okolicach 6:00 i co chwilę zerkałem przez balkon czy już zaczyna świtać. Na motocykl wsiadłem koło 6:20 i ruszyłem w stronę Stelvio. Nawigacja pokazywała mi ok 1,5h jazdy na szczyt. Na drodze dojazdowej do przełęczy złapałem się z czarnym porsche za którym zaczęliśmy pokonywać dynamicznie pierwsze winkle. Po kilku nawrotkach, gdy znaleźliśmy się już znacznie wyżej, musiałem odpuścić mojemu dwuśladowemu koledze i zatrzymać się aby się przebrać bo zaczęło robić mi się zimno. Szybko założyłem bieliznę termo i ruszyłem dalej na wspinaczkę. Droga była piękna, niemalże pusta, słońce utrzymywało się nisko na niebie przebijając się przez przemieszczającą się z wiatrem poranną mgłę. Było bardzo klimatycznie. Zatrzymałem się w kilku miejscach po drodze aby porobić fotki i filmiki małym dronem. Starałem się ogarnąć się z tym jak najszybciej aby w moim docelowym punkcie – parkingu widokowym zaraz pod przełęczą, być możliwie wcześnie by uniknąć tłumu ludzi. Zameldowałem się tam w okolicach 8 i ze względu na to, że oprócz mnie stało tam tylko kilka samochodów, w których prawdopodobnie ludzie jeszcze spali, wyciągnąłem drona DJI i nagrałem kilka ujęć. Bardzo chciałem to zrobić i się udało. Po nagraniach siadłem na murku z widokiem na pozawijaną drogę w dole i zjadłem śniadanie – mozzarellę i bułkę z oliwkami. Gdy po śniadaniu wjechałem na przełęcz stragany już częściowo były rozłożone, a ludzi powoli pojawiało się coraz więcej. Szybki szopping, podjazd na jeszcze jeden punkt widokowy żeby cyknąć kilka zdjęć i ruszyłem ku zjazdowi z drugiej strony, który moim zdaniem, pod względem funu z pokonywania zakrętów jest znacznie lepszy niż ta “widokowa” strona, której wszyscy robią zdjęcia. Następnym punktem według planu była przełęcz Gavia, przez którą rok temu również jechaliśmy dość późnym wieczorem, w mrozie, przez co niewiele z niej pamiętałem. Początek drogi był bardzo przyjemny, winkle, nawroty, miejscami dość ciasno, ale za to dość dobra widoczność do przodu, dzięki czemu można było łatwo wyprzedzać wlekące się samochody. Im wyżej tym agrafek było mniej, przeważały malownicze zakręty, na których można było przyjemnie dodać trochę gazu. Na przełęczy było już trochę pojazdów i ludzi, piękna pogoda, ciepło. Krótka przerwa na kupienie naklejek, krótkie nagrywki,zrobienie kilku zdjęć i ruszyłem dalej. Tutaj droga nie była już tak łaskawa. Pierwsze co mnie spotkało to bardzo gęsta mgła, już klika zakrętów niżej. Droga w wielu miejscach wąska na tyle, że motocykl miał ciężko żeby minąć się z osobówką. Ślepe zakręty, zza których niewiele widać i trzeba zwalniać niemal do zera. Gdy spotykały się dwa auta, to albo znajdywały miejsce w którym mogły się minąć na żyletki albo zaczynało się zaawansowane cofanie. Także powolutku, w korowodzie motocykli i samochodów, bez żadnych szaleństw, zjechałem na dół po czym udałem się na drogę do przełęczy Tonale. Droga lekko kręta lecz bez agrafek, a sam szczyt przełęczy jest ogromnym ośrodkiem narciarskim, który w lecie przemienia się w ośrodek trekingu górskiego. Minąłem znane mi z wyjazdów zimowych wyciągi po czym zatrzymałem się na przerwę, aby z pięknymi widokami w tle napić się kawy. Po przerwie ruszyłem dalej, kierując się już do Merano. Całe szczęście przez przypadek miałem włączone omijanie autostrad w nawigacji, dzięki czemu poprowadziła mnie piękną górską trasą z super asfaltem, wieloma winklami, która była pusta – a to dość rzadki widok w sierpniową sobotę z piękną pogodą. W międzyczasie umówiłem się z Szymonem w centrum Merano w pizzerii, która okazała się być raczej barem szybkiej obsługi pizzowej, gdzie sprzedają pizzę na kawałki. Wzięliśmy sobie po kilka kawałków i jako, że nie chciałem odchodzić od motocykla za daleko bo był pełen sprzętu, zjedliśmy pizzę stojąc przy nim. Następnie ja udałem się do naszego hotelu a Szymon został powłóczyć się jeszcze po centrum. Po powrocie wziąłem szybki prysznic i położyłem się żeby odpocząć popijając piwo. Była to dość intensywna trasa, a że bardzo słabo spałem poprzedniej nocy, byłem bardzo zmęczony. Wieczorem gdy wrócił Szymon poszliśmy na chwilę do basenu i wróciliśmy do pokoju na spanie.