Otworzyłem rano oczy z myślą: “to naprawdę już?”. Przez naszą wymyślną kolację i okropnie wysoką temperaturę w pokoju noc była bardzo słaba. Budziłem się wielokrotnie, mijaliśmy się z Szymonem w drodze do i z łazienki żeby napełniać w nocy nasze bidony z wodą bo strasznie chciało nam się pić. Całe szczęście po ogarnięciu się i zjedzeniu śniadania doszliśmy do siebie.

Jaka była dzisiejsza trasa? Na pewno za długa… i przepiękna. Po wyjeździe z miejsca naszego ostatniego noclegu, ruszyliśmy na autostradę, żeby po chwili z niej zjechać i kontynuować podróż pobocznymi drogami poprzez małe miasteczka, górki i doliny. Pogoda dopisała, cały czas towarzyszyło nam słoneczko przedzierające się przez rzadkie chmurki, a trasa okazała się malowniczą drogą z wieloma zakrętami, na której nie ma tłumów. Silniki wyły, a my staraliśmy się zamykać opony na pięknych winklach poprowadzonych przez lasy. Oryginalnie mieliśmy zaplanowane zakończyć ten dzień w Hallstatt lecz po sprawdzeniu ceny noclegów na booking, postanowiliśmy dołożyć ok 80km i przespać się za “normalne” jak na austryjackie standardy pieniądze. Po drodze zjedliśmy obiad, u mnie wleciał Wiener Schnitzel, a u Szymona kurczak przypominający trochę tego z KFC. Gdyby nie to, że mieliśmy zaklepany już nocleg na pewno zatrzymalibyśmy się gdzieś szybciej, bo po takiej ilości zakrętów i jazdy w ciągłym skupieniu, oprócz bólu pleców i tyłka, odczuwaliśmy bardzo duże zmęczenie, a co za tym idzie, ciężko było się już koncentrować na drodze. Na szczęście dotarliśmy cało do hotelu, gdzie wypiliśmy po piwie w hotelowym barze, aby później doprawić to jeszcze troszkę w pokoju.

NOCLEG: SPORTHOTEL ZENDERHAUS, 80e