Rano musieliśmy wstać z budzikiem bo trzeba było opuścić nasz pokój do godziny 10. Ruszyliśmy na śniadanie i w końcu – była jajecznica i kiełbaski na ciepło. Pysznie pojedliśmy i wypiliśmy kawę. Po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku malowniczo położonego jeziora – Misuriny. Nad jeziorkiem przeszliśmy się kawałek żeby później zasiąść w kawiarni na kawce z pięknym widokiem. W moim planie kolejnym punktem był wjazd na Tre Cime, więc Szymon został bo nie chciał jechać a ja ruszyłem na górę. Przed bramkami kolejka na kilkanaście samochodów, na całe szczęście stałem tylko jakieś 10-15min. Trasa na górę szeroka, kilka nawrotów i cały czas piękne widoki. Choć jeśli chodzi o długość to była dość krótka, na samej górze parkingi, na których pomimo wielu ludzi można było spokojnie znaleźć miejsce. Wysokie skały dookoła robiły niesamowite wrażenie i mimo wszystko widok różnił się od tych “alpejskich”. Pierwsze co zrobiłem to wyciągnąłem drona, poszedłem na najwyższy punkt parkingu i zacząłem latać. Niestety już po kilku minutach przyszedł jakiś Pan “porządkowy” który się przyczepił i zaczął mówić, że tu nie wolno latać dronem. Powiedziałem mu, że tak się składa, że znam przepisy i sprawdziłem też mapkę ze strefami lotniczymi i tutaj MOŻNA. Prawdopodobnie użył później kilku mniej przyjemnych określeń po włosku w moim kierunku i poszedł. Stwierdziłem, że jak zaraz wróci z jakimś strażnikiem, który zacznie sprawdzać mi wszystkie dokumenty i pozwolenia to wolę tego uniknąć. Wylądowałem więc szybko i schowałem drona do kufra. Ruszyłem do punktu widokowego trasą trekingową podziwiając po drodze widoki. Treking w butach, spodniach i kurtce motocyklowej to nie jest idealny pomysł niestety więc było dość ciężko, pomimo tego, że trasa była krótka i dość łatwa. Po dotarciu na miejsce okazało się, że niestety – Tre Cime jest prawie całe we mgle. Nie pozostało mi nic innego jak wrócić powoli na parking robiąc po drodze zdjęcia. Spakowałem manatki i zjechałem na dół. W międzyczasie dostałem od Szymona wiadomość z miejscem gdzie się znajduje – jeziorko z pięknym widokiem, w którym można się kąpać. Tam się spotkaliśmy i ruszyliśmy do hotelu. Musieliśmy po drodze przejechać przez Cortine d’Ampezzo, która okazała się mega fancy miejscem, w którym co jeden stara się pokazać, co on nie ma droższego. Większość Cortiny stała w korku, więc cisnęliśmy się pomiędzy autami, żeby co chwilę mijać je po kilka. Mijaliśmy ferrari, lambo, porsche, a nawet trafiła się perełka w postaci torowego Maserati, które jak Szymon później wyczytał, zostało wyprodukowane w 50sztukach. Po drodze do hotelu przejechaliśmy przez Passo Giau z wieloma zakrętami i pięknymi widokami, na którym doganiały i wyprzedzały nas za wszelką cenę te wszystkie “supersamochody” które mijaliśmy w korku. Po dotarciu do hotelu niestety okazało się, że wszystkie sklepy oraz restauracja hotelowa są zamknięte więc poszliśmy na tutejszy “deptak” do pizzerii. Mieliśmy szczęście bo wszystkie stoliki były zabookowane i siedliśmy przy ostatnim wolnym malutkim stoliku z wysokimi krzesłami barowymi. Było warto – pizza wyśmienita, piwko przepyszne. Przed lokalem w małej “muszli koncertowej” trwał koncert z orkiestrą dętą. Wróciliśmy do pokoju na wielkie ładowanie i zgrywanie – niestety okazało się, że jedna karta pamięci uległa uszkodzeniu i straciłem filmy… Całe szczęście były na niej najmniej dla mnie ważne klipy. Ehh no zdarza się ale trochę mnie to poirytowało.